ostatni dzwonek
***podróże kształcą – papryka w pomidorach***
Wiele z przepisów, które wykorzystuje dziś w domu przywędrowało z różnych stron świata. po jedne musiałam sama się pofatygować, inne przywędrowały wraz ze znajomymi, a jeszcze inne są ze mną od dzieciństwa, od czasów beztroskich frotowych pielgrzymek do pachnącej rozgrzaną papryką Bułgarii.
dzięki niespokojnej naturze moich rodziców od wczesnych lat miałam szczęście obracać sie w kręgu znajomych z różnych stron świata. najwyraźniej jednak pamiętam Saszę, rdzennego bułgara, który dla polskiej dziewczyny stracił głowę. wraz z bratem byliśmy częstymi gośćmi w ich domu. olbrzymi ogród, zatopiony w winoroślach, stary ogrodowy basen, drzewa morwy, wielkie sędziwe orzechy i mnóstwo czarnomorskiej roślinności, hartowanej przez Saszę w polskim klimacie. centralnym punktem była podłużna altana z dużym stołem i ławami, obrośnięta zdrewniałymi pnączami starych winorośli, wijącymi się nad głowami biesiadników niczym włosy mitycznej meduzy. oddzielne miejsce wyznaczone zostało na pokaźnych rozmiarów grill. nad grillem zaś przedziwne akcesoria, przypominające narzędzia chirurgiczne o monstrualnych rozmiarach szczypczyki, piłki, igły, gruszki. wraz z kazdą wyprawa do Bułgarii i w naszym domu zaczeły pojawiać się owe sprzęty, niezbędne wyposażenie kazdego operatora grilla, dziś juz powszechnie dostępne. zamiłowanie do jedzenia przejawiałam od wczesnego dzieciństwa tak więc asysta przy tej dymiącej kuchni polowej była dla mnie naturalna. kursowałam dzielnie z talerzami wyładowanymi po brzegi bułgarskimi frykasami. niepostrzeżenie skubiąc to kebabczi to soczysta paprykę.
pierwszą potrawą według oryginalnego przepisu jaką odtworzyłam sama, była papryka w pomidorach. do tej pory błyszczę w towarzystwie, za każdym razem gdy ja przygotuję.
- 4 słodkie czerwone papryki
- 1,5 kg pomidorów (w zimie zastepuje je przetartymi pomidorami w słoiku)
- pół szkl. wody
- 3 ząbki czosnku
- 4 łyżki oliwy
- sól, pieprz
pomidory obieram, kroje na ćwiartki. czosnek kroję w cienkie plasterki. wkładam do garnka zalewam wodą, dodaję przyprawy i duszę pod przykryciem na małym ogniu.
paprykę myję, kroje wzdłuż wybieram gniazda i kroje na ćwiartki. na patelni (z pokrywką) rozgrzewam olej. układam paprykę skórką do spodu, przykrywam i na średnim ogniu smażę ok 10-15 min. papryka powinna być miękka a skórka przypalona. przekładam paprykę do oddzielnego naczynia, szczelnie przykrywam i odstawiam na kilkanaście minut. gdy przestygnie, obieram papryke ze skóry i dodaję do pomidorów, podgrzewając ok 10 min.
oczywiście najwspanialszy smak ma taka papryka przyrządzona na grilu, jednak każdy sposób na sciągnięcie skóry jest dobry (zwłaszcza w mieście). papryke można podawać na zimno lub na ciepło. jest idealna sama w sobie, ale też jako dodatek do mięsa i różnego rodzaju zapiekanek.
W tym roku spotkała mnie zabawna historia. Podróżując po Rosji poznałam rodowita Mołdawiankę. 4000km od swojego domu zaskoczyła mnie bardzo podobnym przepisem, jednak zgodnym z jej rodzinna tradycją. papryka nie mniej pyszna więc tez o niej napiszę.
- 4 słodkie czerwone papryki
- 4 duże słodkie pomidory
- 2 średnie cebule
- pół szkl. wody
- 3 ząbki czosnku
- 4 łyżki oliwy
- sól, pieprz
cebule obieram i kroję w cienkie talarki. szklę ją na oliwie na patelni, po kilku minutach dodaję poszatkowany czosnek, a następnie obrane i pokrojone w ćwiartki pomidory i przyprawy. przykrywam i duszę ok 15 min.
papryke przygotowuje w identyczny sposób jak w poprzednim przepisie. obraną układam warstwowo na głębokim talerzu, następnie polewam sosem z cebuli i pomidorów. gotowe!
IMPORT Z ZACHODU
w tym roku boleśnie odczułam drastyczny skok unijnej waluty. nie dość że holandia do najtańszych nie należy to stosunek 1:5 rozłożył mnie na łopatki. nie byłabym jednak sobą gdybym czegoś nie przywlokła. mieszkańców tej malutkiej i płaskiej jak patelnia krainy rozpiera duma płynąca z imponujących krajobrazów sielskiej holenderskiej wsi. trawniczki w kolorze pantone 376m , wyperfumowane zwierzątka, obejścia wykreślone od linijki, bajeczne ogródki wycięte z czasopism o tematyce agrarnej i sery – po tulipanach naczelny towar eksportowy, objęty unijnymi normami i patentami, każdy równiutki idealnie krągły. a wśród nich… perła. dojrzewający ser kozi delikatny kremowy, rozpływający się w ustach – miodzio!
***sałatka z grillowanym serem kozim***
dojrzewający ser kozi (na 1 osobę 1 serek)
2 czerwone papryki
1 mała cukinia
1 mały bakłażan
6-8 pomidorki koktajlowe
2 łyżeczki orzeszków pinii
mieszanka sałat (można zrobić samemu np. lodowa, rzymska, roszponka, botwinka)
sos
3 łyżki oliwy z oliwek
łyżeczka białego octu winnego
pół łyżeczki tymianku
pół łyżeczki miodu kwiatowego
wszystkie jarzyny przygotowuję do grillowania. w tym przypadku szczęśliwi, którzy posiadają patelnie do grillowania. ja niestety bujam się z piekarnikiem.
sałaty myję i odsączm z wody
bakłażan kroję w plastry (ok. 0,5cm) solę delikatnie z 2 stron i układam na sitku
cukinie kroję w plasterki (mogą być cieńsze niż bakłażan)
z papryki wybieram gniazda i dzielę na ćwiartki.
bakłażan odsączam papierowym ręcznikiem. do grillowania w piekarniku skrapiam delikatnie warzywa oliwą. paprykę zawijam w folię. układam wszystko na kratce i grilluję aż zmięknie.
pierwszą wymięknie cukinia więc wyciągam ją żeby się nie wysuszyła. gdy papryka będzie miękka wyciągam ją z foliowych zawiniątek i ściągam skórę (prawdę mówiąc częściej robię to na patelni – łatwiej i szybciej). po wyciągnięciu wszystkich jarzyn grilluje serek – kilka minut z każdej strony (tak żeby się nie przypalił a lekko podgrzał i rozpuścił w środku może to zająć 10-15 min)
wszystkie jarzyny kroję na nieregularne drobniejsze części i układam na umytej i wysuszonej kompozycji sałat. przygotowuje sos, starannie mieszając wszystkie składniki, polewam nim warzywa. orzeszki pinii podgrzewam na patelni 2-3 min, tak żeby je lekko zrumienić ale nie spalić. na kupce sałat i warzyw kładę ugrilowaną śnieżnobiałą kozią koronę. wszystko posypuję ciepłymi orzeszkami pinii.
niestety nie jestem w stanie powtórzyć za holendrami smacznego ale w tym miejscu właśnie tego życzę.
POMIDORÓWKI ODSŁONA PIERWSZA
niewątpliwie zaliczam się do zagorzałych orędowników kulinarnych tradycji rodzinnych. pomidorówka ze śmietaną i lanymi kluskami, przyrządzana po bożemu na niedzielny stół jest jednym z moich faworytów. pomidor to również warzywo które trawię w każdej odmianie i stanie przetworzenia, a w letnim sezonie jestem w stanie chłonąć je garściami niczym soczyste jabłka.
wiele mam jeszcze kulinarnych namiętności lecz nade wszystko miłuję przemyślane koktajle kulturowe.
* 3 marchewki
* 2 pietruszki
* 1 duża cebula
* litr pulpy pomidorowej (takie przetarte pomidory w słoiku)
* 3 łyżki sosu sojowego
* łyżeczka curry
* łyżeczka kurkumy
* łyżeczka słodkiej papryki w proszku
* łyżeczka ostrej papryki w proszku (jak ktoś ma ochotę podsypać pikanterią – droga wolna)
* listek laurowy
* 3-4 ziarenka ziela angielskiego
* łyżka cukru
* sól
* oliwa
* gęsty jogurt lub śmietana
marchewkę i pietruszkę obieram, myje i kroję w długie cienkie słupki (dla uściślenia ok. 5cm długości 0,5/0,5cm w przekroju). na patelni rozgrzewam 2 łyżeczki oliwy i wrzucam pokrojone jarzyny, posypuję curry, kurkumą, sosem sojowym i paprykami. smażę na średnim ogniu ok. 5min, przewracając jarzyny kilka razy. zalewam szklanką zimnej wody, doprowadzam wszystko do wrzenia, przekładam do garnka, zalewam 2-3 litrami wody (ok.) dodaję ziele angielskie, listek i cukier, przykrywam i zostawiam na małym ogniu. cebule obieram i kroję w drobną kostkę, szklę na oliwie i dodaję do jarzyn razem z pomidorową pulpą. pozostawiam na małym ogniu do momentu gdy jarzyny osiągną pożądaną twardość (niezbyt twarde ale też nie specjalnie miękkie). to jedna z tych zup, które z kazdym dniem zyskują, odsłaniając smaki orientalnych przypraw.
po podgrzaniu i rozlaniu na talerze puszczam jogurtową wyspę (1łyżka) cudownie łagodzącą pikantną nutę.
smacznego
CO W TRAWIE PISZCZY
wielkimi krokami zbliżamy się do kolejnego “longera”. w tym roku skąpo bo tylko jeden dzień wolny ale to i tak zawsze coś. maj to bez wątpienia festiwal grillowania. miesiąc inaugurujący sezon buchających siwym dymem czerwonych pokrak na rachitycznych nóżkach. aby uniknąć tego widoku polecam wypad w mniej okupowane tereny. moje ulubione miejscówki na południu to beskid wyspowy, roztocze oraz uroczy, mlekiem i miodem płynący – beskid niski.
penetrując bezdroża, każdorazowo budzi się we mnie jakiś pierwotny instynkt zbieracza. dając nura w dziewicze wiosenne łąki poluję zazwyczaj na szczaw. skupiska sercowatych mięsistych listków szybko rzucają się w oczy. wybieram te najładniejsze okazy i tak od kępki do kępki.
każdy, komu na łąkę za daleko, wiosną może przeczesać pobliski targ.
***zupa szczawiowa***
* 4 garści listków młodego szczawiu.
* 2 litry wywaru (mięsny lub warzywny – jak kto woli)
* 4 ziemniaki
* 1 łyżka masła
* 2 łyżki śmietany
* 2 jajka
* łyżka posiekanego koperku
* sól, pieprz
szczaw dokładnie płuczę, osuszam z wody. rozpuszczam masło na patelni i dodaję szczaw, dusze pod przykryciem, aż liście zmiękną i skurczą się, odstawiam z gazu. ziemniaki obieram, płuczę, kroję na mniejsze części i gotuję w małej ilości lekko osolonej wody. wywar podgrzewam i wlewam do gotujących się ziemniaków, następnie szczaw i koperek. rozbijam jajka i wlewam do gotującej się zupy wprost ze skorupek. zazwyczaj żółtko wpada całe a z białka tworzy się coś na kształt lanych klusek. gdy ziemniaki zmiękną odstawiam zupę i czekam aż lekko przestygnie (ok. 20min), śmietanę nakładam do szklanki, dodaję szczyptę soli, mieszam, dodaję 3-4 łyżki płynnej zupy, dokładnie roztrzepuję i wlewam do pozostałej części zupy ( w ten sposób minimalizuje prawdopodobieństwo ścięcia się śmietany). pieprzę wedle uznania i gotowe.
***sałatka szczawiowa***
* 4-5 garści listków młodego szczawiu
* 2 jajka
* pęczek młodej cebulki
* 3 łyzki oliwy z oliwek
* sól, pieprz
szczaw dokładnie płuczę i obieram, zostawiając same listki, osuszam z wody. jajka gotuje na twardo (od momentu wrzenia wody ok. 8min) cebulkę myję i szatkuję. wystudzone jajka kroję na nieregularne średnie kawałki. szczaw, cebulkę i jajka delikatnie mieszam, skrapiam oliwą, posypuję solą i pieprzem (w tym przypadku dobrze się sprawdza świeżo mielony)
idealna jako dodatek do drugiego, mięsnego dania, w pojedynkę tez daje radę. przy zamierzonej konsumpcji sałatki jako głównej przekąski można urozmaicić sos np. mieszając oliwę z solą pieprzem i łyżeczką musztardy francuskiej. zamiast szczawiu zaś idealnie sprawdza się również szpinak.
SYSTEM MIAR I WAG
Często próbując wyłudzić jakiś przepis na kolejne uniesienie mego podniebienia, zastanawiam się czy moja bratowa posiada jakąś tajną miarkę wszczepioną w oko, czy to ze mną jest cos nie w porządku, skoro nie potrafię odtworzyć bez kilku prób i błędów tego, co skrzętnie notuje na kartkach. Po krótkim czasie uświadomiłam sobie że w kuchni wykazać należy się nie lada fantazją i abstrakcyjnym myśleniem. Kuchnia to takie miejsce gdzie trzeba się przestroić, wyostrzyć zmysły zagłuszane przez miastowe rytmy. Wszystko po to aby w lot pojąć: ciasto luźne, ciasto zwięzłe, cebula w kostkę, czosnek w piórka, śmietanowy kleks. Porzucić dotychczasowe rozumienie słów i nadać im nowe znaczenia.
Jako bezkrytyczna wielbicielka polskiej wsi, przebywając kiedyś na południu Polski, udałam się z pewną dziarską czterolatką do zaprzyjaźnionego gospodarstwa w celu nabycia wiejskich jaj. Chcąc skrócić sobie drogę zaczęłam wypytywać małą o jej upodobania kulinarne. Nieco znudzona, gadając po to żeby gadać rzuciłam od niechcenia pytanie: a jajka to ty lubisz? Natychmiast otrzymałam odpowiedź: uwielbiam! A najbardziej lubię jajko na oko. Niczym wygłodniała kura, rozpaczliwie rzuciłam się do przegrzebywania składów swej pamięci.. Ja? Wiejskie dziecko, które spędziło całe swoje dzieciństwo wśród gdakających i muczących zwierząt nie wiem co to jest jajko na oko?! Po bezowocnej chwili poddałam się, z zakłopotaniem postanowiłam obnażyć swoją niewiedzę i poprosiłam o uściślenie tej wypowiedzi. Mała ochoczo przystąpiła do wyjaśnienia tematu. Otóż jajko na oko okazało się być znanym mi dobrze jajkiem na miękko. Mama mojej towarzyszki, przyrządzając to “danie” doszła do takiej wprawy że przestała posługiwać się zegarem kuchennym, wypierając z pamięci precyzyjny czas gotowania jajka na miękko. Na pytanie dociekliwego dzieciaka jak długo ma się gotować, zbywająco udzieliła odpowiedzi: na oko. Odpowiedź najwyraźniej została uznana za wyczerpującą. Przetworzona i zapamiętana z pewnością skonfudowała nie jeden wyjałowiony czasem umysł.
Mam wrażenia że kuchnia jest nadzwyczajnym miejscem łączącym w idealnie harmonijny sposób 2 skrajności. Z jednej strony nie dający się ująć w żaden precyzyjny schemat zestaw proporcji i określeń oddających gramaturę, konsystencję, czas przyrządzania potraw. Z drugiej strony rygorystyczny porządek związany z kolejnością dodawania składników, sposobów przechowywania, czy organizacji pracy. Niekiedy przygotowanie posiłków wygląda jak prawdziwe pole bitwy ścierających się przeciwieństw których ofiary wyłaniają się zza pleców kucharza. Tu jakaś kurza blada nóżka tam jędrny korpus, broczącej pomarańczą marchwi.. Chwilę później nastaje błogi spokój, a owoc zdającego się być niemożliwym porozumienia, kusi ponętnie nasze oko i nos, wprost z lśniącego talerza.
Czy jest coś bardziej subiektywnego niż zmysły? Przyzwyczajani od dzieciństwa uczymy się własnych smaków, własnych garści, luźnych ciast, kostek i piórek. Nawet łyżki i łyżeczki mają miliony kształtów i gramatur. Czas weryfikuje każdą rzeczywistość. Z pewnością w początkowej fazie kulinarnych zapasów niezbędne zdawać się będą wagi i precyzyjne miarki, jednak w miarę zdobywania kolejnych doświadczeń jestem pewna że większość użytkowników zastąpi te sprzęty przekazywaną z pokolenia na pokolenie, właściwą swemu rodowi – szczyptą.
TANIE ROZDANIE
*** smażony ser vel smażak***
Jak daleko czasem trzeba się wyprawić, aby dostrzec skarby które leżą w zasięgu ręki. Przez długi czas ignorowałam czeską i słowacką kuchnię, klasyfikując ją jako zbyt tłustą, zbyt podrobową i zbyt “naturalistyczną”. Mimo częstych wizyt w tych krajach szerokim łukiem omijałam ichniejsze hospody, no chyba że w celu zakosztowania złocistego napoju na bazie chmielu. Muszę ze wstydem przyznać przynależność do grupy pospolitych polaczków, szastających kasą w przygranicznych sklepach spożywczych. Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie, gdy kilka tysięcy kilometów dzielących nas od naszych krajów, skłoniło mnie do zaprzyjaźnienia się z dwójką czechów. Ponieważ wspólnie z sąsiadami Czechami, uczestniczyliśmy w programie międzynarodowej wymiany różnego rodzaju doświadczeń, bez większych oporów poddaliśmy się opracowanym przez organizatorów aktywnościom. Jednym z punktów był dzień narodowych smaków. Każdy miał przygotować ulubioną potrawę ze swojego kraju. Od tego dnia smażak z tatarską omacką na stałe zagościł w moim sercu. Danie jak najbardziej na studencką kieszeń, idealnie wpisującą się w imprezkę o ograniczonym budżecie, dla osób z chlesterolem w normie.
* kostka żółtego sera (gładki bez dziur, mniej więcej 400gr)
* 3-4 jajka
* szklanka bułki tartej
* 3 łyżki mąki
* olej do smażenia
Ser kroję w plastry o grubości ok. centymetra.
Na 3 talerzach przygotowuję składniki. Osobno wysypuje mąkę (talerz 1), bułkę (talerz 2), wbijam i roztrzepuje jajka (talerz 3).
3 łyżki oleju wylewam na patelnie i podgrzewam na małym ogniu.
Teraz ustawiam taśmę produkcyjną. najpierw kupka grubych plastrów sera, talerzyk z mąką, talerzyk z jajkami, na końcu bułka tarta.
Najpierw obtaczam ser w mące, później w jajku, następnie w bułce, znów w jajku i znowu w bułce.
Taką kąpiel można powtórzyć maksymalnie jeszcze raz (ale niekoniecznie) i na patelnię.
Bułka i jajko muszą idealnie oblepiać ser (uwaga na boki), w przeciwnym wypadku wyleje się na patelnie i do konsumpcji zostanie nam sama panierka.
Kilka minut z każdej strony (trzeba go delikatnie obracać najlepiej gładką łopatką), gdy mrugnie rumieńcem – gotowe!
*** sos tatarski/tatarska omacka***
* majonez
* grzyby marynowane
* ogórek konserwowy
* jajko na twardo
* łyżka śmietany
* szczypiorek
* pietruszka
* kilka kropli soku z cytryny
* pieprz
proporcje dowolne
Wszystko po kolei siekam drobno, łączę z majonezem i śmietaną, przyprawiam pieprzem i skrapiam cytryną.
na talerzu układam smażaka w towarzystwie 2 łyżeczek sosu. można danie uszlachetnić łyżeczką żurawiny, a dodając pieczone ziemniaki wynieść do rangi dania głównego.
dobrou hut!
K*o*K*t*A*j*L vol.0%
ależ mi się nie chce pracować :/ nie musiałam długo grzebać w poszukiwaniu pomysłu co by można było zrobić innego…
w tęsknocie za soczystymi kolorami dziś na śniadanie kolejny “smutas”, pyszny, aksamitny, sycący idealny na dobry początek dnia.
- 1 duży jogurt naturalny (najlepiej jakiś gęściuch, bałkański albo grecki)
- 2 banany
- sok z 1 pomarańczy
- 3 łyżki miodu kwiatowego
- kilka listków melisy
- łuskany słonecznik
- szczypta cynamonu
- jako opcjonalne przybranie – brzoskwinia i łyżeczka soku malinowego
informacje na temat smoothie są dość sprzeczne. jedni twierdzą że bazą prawdziwego “smutasa” jest sok pomarańczowy i banan, inni propagują wersję ze zmrożonym jogurtem. mam wrażenie, że rodzimy koktajl, pozwoli rozwiać ten spór i skupić się na wyjątkowych walorach smakowych tej mieszanki.
jogurt (mocno schłodzony, można go nawet zmrozić 30min w zamrażalniku), sok z pomarańczy, miód, melisę i banany ucieram na gładka masę (przed blenderem mikser też dawał radę) rozlewam do szklanek, posypuję słonecznikiem, cynamonem i dekoruję tym co mi wpadnie do głowy. dzisiaj była brzoskwinia, sok malinowy i listek melisy.(nie posiadając pod ręką bananów użyłam kiedyś do tego koktajlu jabłek. zupełnie inny smak, równie genialny!)
odkąd odkryłam starą prawdę że najpierw jemy oczami, staram się do sposobu podawania potraw przywiązywać większą wagę. amerykańskie wyrażenie “take your time” znajduje tutaj zastosowanie, a niedzielny poranek stwarza idealną okazję do stopniowego wprowadzania dobrych zwyczajów.
nakręcona soczystymi kolorami odważyłam się nawet cyknąć fotkę.

SAŁATKA NA ZIELONO
*************zielona sałatka*************
ależ mi brakuje kolorów! ja chcę wiiiiooosny!! świat powoli zaczyna uwalniać zapachy skarbów, jakie wypluwa topniejący śnieg, więc mam nadzieję że to już niedługo. aby skrócić sobie czas oczekiwania, nastawiłam uszu i od razu wyszarpałam nowy przepis. tym razem na sałatkę – zieloną!
- 2 pory (bez ciemnej i grubej góry)
- ogórek zielony(a raczej jego zimowy substytut :/)
- zielona papryka
- avocado
- 2 brzoskwinie z puszki
- ser pleśniowy (lazur, gorgonzola lub coś w ten deseń)
- łyżeczka ziarenek zielonego pieprzu z zalewy
- 2 łyżki białego wina (półwytrawne)
- 1-2 łyżek octu balsamicznego
- 3 łyżki oliwy z oliwek
do przygotowania potrzebne będą: miska, deska do krojenia, ostry długi nóż i naczynie do przygotowania sosu np szklanka. według instrukcji mistrza Mateusza kroić jarzyny można jak się chce. mnie się chciało w drobne paseczki.
najpierw por. kroję, przekładam na sitko, dokładnie płuczę i osuszam papierowym ręcznikiem. układam go na spodzie miski. następnie w wąskie zielone paski zamieniam ogórka, paprykę i avocado i układam w takiej samej kolejności w misce. kolejne lądują brzoskwinie, dla odmiany kroję je w kostkę, a wierzch układanki posypuję rozdrobnionym serem. oliwę, pieprz, ocet i wino mieszam dokładnie i polewam sałatkę.
banał! za to smak………… poezja! kolejność kompletnie pokręcona. najpierw słodka brzoskwinia, wodne warzywa, chrupiące drzazgi pora z serowym akcentem.. ostatnie słowo należy do pieprzu jednak wszystko w idealną całość zespala winny pierścień.
podana ilość wystarczy na przekąskę dla 4 osób. jako dodatki lubię chrupiącą bagietkę i białe wino.

ROMANSE Z PYRĄ cz1/6
***hiszpańska tortilla***
Wszelkie prognozy wskazują na to iż kryzys jednak nas nie ominie, a pierwsze symptomy są już boleśnie odczuwalne. Jednak nie czas na łzy. Gdy echo po lodówce hula, najwyższa pora przychylnym okiem spojrzeć na ziemniaka. Pas zaciskam, a rozpieszczaną luksusem fantazję zmuszam do pracy.
Przepis ten przywiozłam kilka lat temu z…. Rumunii! Zmuszona byłam w tym czasie dzielić swą przestrzeń życiową z Francuzami, Czechami, Słowakami, Słoweńcami i Hiszpanami. Zdecydowanie ci ostatni najbardziej przypadli mi do gustu. Hałaśliwe, pstre postacie o leniwym usposobieniu, mocnych charakterach i białych zębach wyszczerzanych przy każdej okazji. Całymi dniami okupowali kuchnie, pichcąc przedziwne potrawy ze składników, które zerwali na łące, lub wysępili od mieszkańców okolicznych wiosek. Zaliczając się do osób nieco nieśmiałych, dusiłam w sobie skrzętnie skrywany podziw lekko zabarwiony zazdrością. Pewnego dnia nie wytrzymałam i wprosiłam się na kolację. Jak już siadłam ze Szpanielami przy stole, to nie wstałam przez 3 miesiące. Stopniowo zaczęli do nad dołączać pozostali mieszkańcy domu, aż w końcu udało nam się stworzyć wielonarodowościową, doskonale zgraną komunę, urządzającą sobie raz na jakiś czas kulinarne orgie. Kuchnie naszych krajów zaczęły się mieszać, powstawały przedziwne propozycje obiadowe, jednak do samego końca niepodzielnie rządziła tortilla z rumuńską branzą, pachnącymi pomidorami i zieloną cebulką.
* 6-7 średnich ziemniaków
* 8 jaj
* bryndza
* 2 pomidory
* zielona cebulka
* sól, pieprz
* olej do smażenia
do przyrządzenia tej potrawy potrzebować będę średniej wielkości nie wysoką patelnię (taką najbardziej pospolitą),
sitko,
miskę sałatkową (średniej wielkości)
i płaski talerz który swoją średnicą odpowiada (lepiej bardziej niż mniej) średnicy patelni.
ziemniaki obieram, płuczę i kroję w cienkie plasterki (nazwijmy se obrazowo czipsy).
smażę (średni ogień, żeby się nie przypaliły) partiami aż staną się złociste i chrupiące (fakt że się sklejają specjalnie mnie nie interesuje).
usmażoną porcję kładę na sitku, odsączam i przekładam do miski.
tak robię z każdymi ziemniakami po smażeniu.
gdy wszystkie znajdą się w misce, wbijam do nich jajka, solę, pieprzę i dokładnie mieszam.
z patelni zlewam (nie myję patelni) olej, odkręcam ogień na maxa i wlewam ekspresowo zawartość miski.
bardzo delikatnie ruszając patelnią, smażę omlet na dużym ogniu ok 30 sekund, następnie skręcam na minimum i zostawiam na ok 10 minut, sprawdzając spód, czy się nie przypala.
i teraz…
przykrywam patelnie talerzem (koncentracja 100%) obracam omlet (uwaga bo wierzch jeszcze pływa), podkręcam na maxa ogień i natychmiast zsuwam omlet, dbając, aby wszystko co było do tej pory na wierzchu znalazło się pod spodem.
drewnianą łyżką powijam brzeg tortilli pod spód potrząsając lekko w tym samym czasie patelnią, skręcam ogień na minimum i zostawiam znów na 10 minut na małym ogniu, sprawdzając co jakiś czas.
dla pewności obracam jeszcze 2 razy, zostawiąjąc tym razem po kilka minut z każdej strony.
Ta tortilla jest dość gruba, więc musi dostać więcej ciepła.
Finalnie powinna mieć kolor orzeszka laskowego, jednak zgodnie z zaleceniami mistrza:
“remember: burned tortilla is bad tortilla”.
Ściągam dzieło z ognia i kroję wzdłuż na pół.
Odkładam wierzchnią warstwę i smaruję całą dymiącą powierzchnię bryndzą, układam pokrojonego w plastry pomidora i posypuję cebulką, delikatnie pieprzę i szybko przykrywam odłożoną połówką tortilli.
Kroję w trójkąty i znów błyszczę w towarzystwie
(bezwstydne lizusy
)
Tortille można też przygotować w piekarniku w okrągłej brytfance, ale to mniejsza frajda a i nie wygląda tak dumnie
que aproveche!
